sobota, 24 czerwca 2017

Nieoficjalne zawody agility - Borowina 18.06.2017r.

W poprzednią niedzielę byłyśmy na naszych drugich już w życiu, treningowych zawodach agility. Nasze zmagania z tym sportem ciągle nabierają tępa, co bardzo mnie cieszy i wyznacza jakąś życiową dróżkę.

Fot. Maria Juraszek


Dzień zaczął się od jakże wczesnej pobudki, z łóżka zostałam zwleczona przez budzik już o 3.50. Umówiona z moim transportem w Lublinie byłam na godzinę 5.30, a z uwagi na fakt, że ja o tak wczesnej godzinie funkcjonuję 2 razy wolniej, musiałam tak wcześnie zacząć swój dzień. O 5.15 wyjechałam razem ze spanielem z domu i pojechałam na umówione miejsce spotkania. Po 6 razem z Paulą i Asią oraz Jasiem, Juniorem i Q, wyjechaliśmy z Lublina.

Fiona i Junior, Fot. Maria Juraszek

Na miejscu byłyśmy chwilę po 8, gdzie spotkałyśmy się z Kają i rozstawilyśmy nasze małe schronienie przed nadchodzącym powoli upałem. O 9 rozpoczęły się zapoznania z torem osób startujących w zerówkach, a my razem z Fioną usadowiłyśmy się na widowni. Z każdym kolejnym biegiem mój stres, (którego z początku wogóle nie było) wznosił się do coraz większego poziomu. Wreszcie koło godziny 12 rozpoczęły się przygotowania toru dla openów. 

Fot. Ola Zalewska

Nasz pierwszy bieg, to była totalna masakra. Ilość popełnionych błędów jest nie do opisania, ja sama nie jestem w stanie ich policzyć. Spaniel wyszedł na tor zgrzany (mimo że siedział ciągle w cieniu) i bez kompletnie żadnego skupienia na mnie. Po wystartowaniu zaczęła się masakra, wszystko co mogło pójść źle, poszło źle. Ja wręcz nie poznawałam mojego psa, który po prostu zbiegał mi na boki, zamiast od razu biec do celu. Motywacji czy szybkości nie było żadnej, co można najbardziej zauważyć po ilości zrzuconych w biegu poprzeczek, których Fiona po prostu nie mogła przeskoczyć. W pewnym momencie ja z całego tego zamieszania zaczęłam jeszcze zapominać toru. Szczerze mogę powiedzieć, że tak złego przebiegu nie miałam w swoim życiu NIGDY, żaden trening, żaden zły dzień, nie mógł się mierzyć z tym biegiem, był po prostu masakryczny. Po skończeniu toru zabrałam się za chłodzenie Fiony. Zmoczyłam ją wodą, wsadziłam do klatki, dałam wody i przykryłam zimnym, mokrym ręcznikiem, i tak koło niej siedząc dopadły mnie myśli czy to na pewno sport dla nas i czy przypadkiem nie robię czegoś, co po prostu nie jest nam pisane. Czułam się źle, bo nie byłam zła.

Fot. Maria Juraszek

Do drugiego biegu podeszłam bardzo, bardzo na luzie. Uznałam, że zrobię go najprościej jak się da i postaram się pokazywać wszystko jak najbardziej jasno. Tor powtarzałam milion razy i ułatwiałam go jak najbardziej mogłam. Dodałam też jeszcze jedną zmianę i zgarnęłam spaniela z klatki jak wyczytywali nas już na tor. Postawiałam przed torem, zmotywowałam na zabawkę, zrobiłam dwa obroty i pobiegłam. Co tu dużo mówić, biegło nam się milion razy lepiej. I nie przedłużając bieg zaliczyłyśmy na czysto. Zero błędów. Nawet naszą tragiczną huśtawkę, zrobiłyśmy tak jak sobie zaplanowałam i wyszła dobrze! Po ostatniej przeszkodzie byłam tak szczęśliwa, że zapomniałam zejść z toru, po prostu nagradzając spaniela. Zeszłam z toru, znowu zmoczyłam spaniela w wodzie, dałam pić, nakryłam ręcznikiem i wsadziłam do klatki, samej nie dowierzając, co właśnie wydarzyło się na tym torze. I nie, nie jest to koniec wielkich zaskoczeń, otóż nie długo potem okazało się, że jako jedyne przebiegłyśmy ten tor na czysto i tym oto sposobem zgarnęłyśmy 1 miejsce za ten oto bieg.

Fot. Maria Juraszek

Trzeci bieg był już samym jumpingiem, który poszedł bardzo fajnie, a spaniel biegł zdecydowanie najszybciej. Niestety ja trochę za bardzo zakombinowałam i przy slalomie, prawie się pozabijałyśmy, ale pobiegłyśmy dalej. Bieg mimo wszystko skończył się dość dużym rozczarowaniem zarówno dla mnie jak i dla widowni. Bowiem trzecią przeszkodą od końca był felerny skok w dal, po którym Fiona na poprzednich zawodach po prostu przebiegła, a więc ja uznałam, że trzeba się rozpędzić by tym razem poszło dobrze. No i poszło pięknie, szkoda że następna hopka była od out'a, o czym przypomniałam sobie kiedy pies przeskakiwał ją już na wprost. Ten piękny dis na przedostatniej przeszkodzie zepsuł nam jak do tego momentu czysty przebieg i zmarnował szansę na zdobycie podium.

Pięknie uchwycony moment, przed cudownym disem <3 Fot. Maria Juraszek
 A tu nasze biegi:



Ogólnie zawody oceniam na plus. Najbardziej z całego tego wyjazdu jestem zachwycona atmosferą, która na miejscu zawodów była po prostu genialna. Mimo, że nasze biegi nie były zdecydowanie jakimś mistrzostwem to jestem bardzo zadowolona ze spaniela i naszych startów.


PS. Już jutro wyjeżdżamy na obóz z Miśkową, a więc za nie długo pojawi się z niego relacja :)!
PS2. Bardzo serdecznie zapraszam na nowego bloga Emilii (autorki mojego pięknego szablonu na blogu i mojej dobrej przyjaciółki), która tym razem pisze trochę mniej o szyciu, a trochę więcej o starszej pani Lavie i małym urwisie Beowulfie, PSIAMIĘTNIK.

Pozdrawiamy H&F

6 komentarzy:

  1. Lubie długie postyyyy!
    I dzięki za reklamę <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Może nie poszło do końca po Waszej myśli, ale przynajmniej wzbogaciłyście się o nowe przeżycia i doświadczenie :D Praca w upale jednak do najłatwiejszych nie należy, szczególnie dla psa z długą sierścią :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Może nie poszło idealnie, ale małe potyczki zawsze są. Tak samo jak sukcesy! Wzbogaciłyście się o nowe przeżycie, ponadto gratuluję pierwszego miejsca! Nawet w jednym biegu, ale to przecież zawsze jakiś sukces. Małe sukcesy są równie wazne co te wielkie.
    Pozdrawiamy Bel & Fleur
    flerekmorelek.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Ważne, że próbujecie! Z każdym startem będzie lepiej :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ważne, że zyskałyście nowe doświadczenie! :)
    Gratuluję pierwszego miejsca :)

    Pozdrawiam i przepraszam za dłuugą nieobecność!
    nandoon.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. Super, że nie zniechecilas się aż tak po pierwszym niezbyt udanym biegu. Za to następne wyszły bosko. Ogromne gratulacje! :)

    OdpowiedzUsuń